Od czego by tu zacząć?
„Od czego by tu zacząć?” Gdy siadasz przed pustą kartką (lub pustym arkuszem dowolnego programu „do pisania” pierwsze co nasuwa się, to to właśnie pytanie. Im większa presja, tym bardziej zasłania widok na cokolwiek innego. Jak tyłek Pumby…

Chcesz napisać bloga – robisz szatę graficzną, nawet (o dziwo!) wiesz o czym chcesz pisać, masz kilka pomysłów na posty… ALE! Trzeba przecież napisać ten pierwszy, co nie? Przedstawić się? Zapowiedzieć o czym będzie blog? Nope, to bez sensu, każdy przecież tak robi!
Piszesz magistra. Temat? Jest. Badania? Są. Materiały? Są. Herbatka? Jest. Kot na klawiaturze? Obecny. Zaraz… co robi kot na klawiaturze? O cholera! Dwie godziny minęły, Mruczek zasnął, herbata wystygła, a czarna pionowa kreska wciąż miga w tym samym miejscu pośród niczego… „Pierwsze zdanie, napisz tylko pierwsze zdanie, potem już będzie tylko z górki!” – powtarzasz to sobie z takim uporem, że już w sumie zapomniałeś, co to zdanie oznacza… W zasadzie, po co tu siedzisz? Hmm, może w końcu przydałoby się posprzątać w tym pokoju? Oferta pracy – świetne zarobki, fajna firma, Twój zawód, słowem – MARZENIE. Już zastanawiasz się jak wydobyć CV z czeluści Twojego dysku, już widzisz siebie jak pozytywnie przechodzisz rozmowę o pracę, w swojej głowie siedzisz na nowiutkim stanowisku pracy, cały w skowronkach… I nagle to widzisz. Jakby Ci ktoś rylcem w mózgu dłubał. W krokach kwalifikacji wstępnej jest ten pierwszy – napisać maila do pracodawcy. Napisz coś o sobie, zareklamuj się. Otwierasz pocztę, nowa wiadomość. Okienko patrzy na Ciebie z politowaniem. Entuzjazm spada. Nagle czujesz, jak bardzo jesteś zmęczony dzisiejszym dniem… Prysznic, kolacja i sen – to Twoje prawdziwe marzenia na dziś. Inne będą później.
Rozwiązanie? „Napiszę to jutro. Przecież nic się nie stanie, mam jeszcze mnóstwo czasu!” Z iloma rzeczami tak zrobiłeś? Ile okazji przez to przegapiłeś? Bo mi się udało sporo. Już nie mówiąc, że bloga to ja zakładam od ładnych kilku lat i G z tego wyszło jak do tej pory. Ile razy w środku nocy pisało się wypracowanie na polski, bo brakowało pomysłu na początek, aż w końcu deadline mijał za sześć godzin, o tym już nawet nie mówię. Jedynek też się kilka zebrało przez te lata nauki. Bo jak mam zaplanowane o czym piszę, to nie napiszę. Koniec kropka. Jak więc powstał ten tekst? Stwierdziłam, że coś napiszę, obojętnie co, samo się wymyśli. Teraz, w tym momencie. Bo już mi się znudziło przeglądanie Internetu i wspaniałych rad o tym jak pisać. Więc szukam Worda. Czy ja w ogóle mam Worda? Yeah, mam. Włączam. Piszę. Najwyżej nie skończę, albo będę robić poprawki. Miałam tylko jeden pomysł – skoro problemem jest „Od czego by tu zacząć”, to dlaczego by nie zacząć od tego? I tak oto spędzające sen z powiek, a jednocześnie będące tym cudownym remedium pierwsze zdanie miałam za sobą. I potem poszło. W zasadzie nawet nie wiedziałam, co z tego będzie. Nie miałam nawet zarysu. Ale miałam początek.

Jaki z tego wniosek? Jak nie masz początku, napisz cokolwiek. Jeżeli jedna myśl Ci siedzi w głowie i przez nią tracisz perspektywy na jakąkolwiek kreatywność, to zapisz ją. A potem resztę. Od czego w końcu jest stary dobry „bekspejs”? (Tylko też bez przesady z nim, bo wrócisz do punktu wyjścia). Lepszy byle jaki początek niż żaden. Tak, w ekstremalnych wypadkach „jgyfdxdkubguegurevebcvctdfgcx” też spełnia zadanie 😉
Więc jeśli jeszcze raz siedząc przed pustym arkuszem zadasz sobie to paraliżujące pytanie „Od czego by tu zacząć?”, napisz je, a potem działaj.
